CIRYAM – Desires – muzycznyhoryzont.pl

Metal to muzyka zdominowana przez mężczyzn – Ozzy Osbourne, Rob Halford, Bruce Dickinson… Pozostałe kilka tysięcy nazwisk wpiszcie sobie sami. Ale i w tym gatunku zdarzają się śpiewające kobiety. I kiedy trafia się taki casus, to zawsze uważnie nadstawiam uszu, bo zazwyczaj alty i soprany nadają muzyce, zwłaszcza tej mocniejszej, odmiennego, a przez to intrygującego charakteru. Czy tak samo jest z krośnieńskim Ciryam? Cóż, ich najnowszy krążek właśnie kręci się w moim odtwarzaczu, a więc – przekonajmy się o tym sami.

Ciryam to zespół aktywny na scenie od osiemnastu lat. Desires zaś to czwarty krążek w jego dorobku. Nie dziwi zatem, że zaprezentowana na nim muzyka stanowi przejaw dojrzałego, w pełni autorskiego stylu. Ten zaś niepodobna nazwać tuzinkowym. Choć skwierczący, gitarowy przester i podwójna stopa nie pozostawiają wątpliwości, iż mamy do czynienia z metalem, to jego formuła nie jest na tyle oczywista, by zamknąć ją w jednym zdaniu. Dzieje się tak głównie dzięki temu, że obok rozpędzonych kawałków, podchodzących pod manierę heavy metalu (Dices), możemy usłyszeć również ascetyczne, a zarazem cholernie nośne, punktowane utwory, w których młócka załącza się dopiero później (Red Rain, Game). Skontrastowanie spokojniejszych, niekiedy bardziej progresywnych partii zwrotek ze zgniatającym refrenem to zresztą zabieg dość typowy, ale nawet jeśli Ciryam wykorzystuje go w sposób standardowy, to nie sposób odmówić mu w tym odrobiny uroku. Jest tak być może za sprawą naprawdę fajnych, gitarowych riffów, które z jednej strony trudno uznać za przesadnie nowatorskie, z drugiej jednak – niosą ze sobą masę energii. We fragmentach, gdzie pojawia się przester, płycie zdarza się brzmieć bardzo klasycznie, jak gdyby muzycy przed wejściem do studia słuchali na zmianę Black Sabbath, Iron Maiden i Helloween. Z drugiej strony, takie Puppet na przykład to dawka nowocześniejszego riffu, którego nie powstydziłoby się System of a Down.

Jak do tego ma się kobiecy wokal? Spieszę odpowiedzieć: bardzo dobrze, a wręcz wybitnie. Melodie nie tylko perfekcyjnie wykonano, ale przede wszystkim bardzo dobrze pomyślano. Wrażenie robi przede wszystkim dynamika: Monika Węgrzyn biega sobie jak gdyby nigdy nic po skali od góry do dołu, czego najlepszym przykładem jest już otwierający krążek Alone. O ile jednak czyste górki brzmią świetnie technicznie, to prawdziwie przekonują niższe partie, w których wokale nabierają dodatkowego charakteru (Deep). Dodajmy do tego inteligentnie zaaranżowane harmonie wokalne, a nie będziemy mieli wątpliwości, że kobieta w tego typu muzyce może brzmieć bardziej zadziornie niż niejeden facet.

Niestety, Desires szkodzą dwie sprawy, o których zazwyczaj nie piszę i o których aż głupio mi wspominać. Sprawa pierwsza – produkcja. Niby wszystko jest z nią w porządku, ale trudno pozbyć się wrażenia, że brzmienie całości jest mało selektywne. To szkoda zarówno dla gitar i sekcji rytmicznej, jak i dla wokalu, któremu poskąpiono solidnego kompresora, przez co ma się niekiedy wrażenie, że idzie on obok instrumentów, zamiast się z nimi uzupełniać. Sprawa druga – teksty po angielsku. Nie żeby coś było z nimi nie tak: problem polega na dość kwadratowym i lekko bełkotliwym akcencie Moniki Węgrzyn. Wspominam o tym jako ktoś, kto z językiem angielskim ma do czynienia na co dzień i kogo drażni na przykład śpiewanie „hypnatic” zamiast „hypnotic” (For You). Mogę mieć jedynie nadzieję, że jesteście mniej wyczuleni niż ja i tego nie usłyszycie. Niestety, oba te elementy, wzięte razem, sprawiają, że płyta zdaje się zatopiona w jakimś aselektywnym sosie, który nie pozwala z całą mocą wybrzmieć riffom i odbiera część energii. Szkoda.

Przyznaję, że Desires otarło się o poprzeczkę, która oddziela płyty bardzo dobre od rewelacyjnych, zaś o werdykcie zadecydowały niuanse. Nie dajcie się jednak zwieść tej pozornej krytyce: koniec końców czwarta płyta Ciryam oferuje kawał świetnego metalu z wycieczkami w przystępniejsze strony. Aż dziw bierze, że grupa – choć koncertowała u boku najlepszych – nie zdobyła jeszcze rozgłosu na miarę Closterkeller czy Moonspell (chyba, że o czymś nie wiem). A wierzcie mi: bez wątpienia na niego zasługuje. Kto uważa inaczej, niech sięgnie po Desires, posłucha, a potem… Daję głowę, że zmieni zdanie.

Ocena: 7/10

Źródło: http://www.muzycznyhoryzont.pl/ciryam-desires/

Magazyn Gitarzysta – wywiad

Niegdyś utożsamiani ze sceną gotycką. Dziś grają przebojowy pop rock z elementami rocka i metalu progresywnego. Rodem z Krosna, grupa Ciryam pod dowództwem Roberta Węgrzyna.

Niedawno stuknęła im osiemnastka, a poza tym wydali nowy album „Desires” pod egidą fińskiego Inverse Records. To właśnie Robert poświęcił mi chwilę czasu by porozmawiać o Ciryam, „Desires” i jego miłości do Gibsonów.

Jeśli dobrze liczę, to Ciryam stuknęła właśnie osiemnastka. Miło wreszcie dostać dowód i legalnie kupować procenty? Nie odczuwasz jeszcze zmęczenia?

Zmęczenie – a co to niby jest?! Absolutnie! Jest wręcz odwrotnie! Zapraszam na koncerty, a przekonasz się jak to u nas działa. (śmiech). Widzisz, to już 18 lat na scenie, a my nadal dobrze się bawimy!

Trochę czasu minęło od „Człowieka motyla”. Co porabialiście przez te osiem lat?

Kilka lat minęło, to prawda. Mimo że nie nagraliśmy w tym czasie płyty, to sporo koncertowaliśmy, pracowaliśmy nad nowymi pomysłami, a przede wszystkim docieraliśmy się z nowym składem… Jak to w życiu.

Nowy skład i nowa płyta. Jesteśmy po premierze czwartego krążka „Desires”. Jak z waszej perspektywy przyjęto płytę?

Myślę, że bardzo pozytywnie, zarówno za granicą, jak i w Polsce. Przyjęcie bardzo pochlebne, dobre recenzje… No i znakomity odbiór przez fanów.

Praca nad krążkiem poszła gładko?

Generalnie album stworzyliśmy we trójkę – ja i gitarzysta Kuba (Czubik – przyp. red) zrobiliśmy całą muzykę, a Monika dodała linie wokalne. Do tego moje teksty i materiał był gotowy. Praca od samego początku była dobrze rozplanowana, dlatego poszło sprawnie.

Po raz pierwszy w osiemnastoletniej karierze gracie w całości po angielsku.

Wiesz, zupełnie inna perspektywa, większe możliwości. Podpisaliśmy kontrakt z fińską wytwórnią (Inverse Records – przyp. red) stąd automatycznie płyta musiała być anglojęzyczna, a poza tym chcieliśmy spróbować  pokazać się na innych rynkach, ot cała historia.

Właśnie, „Desires” wydał fiński Inverse Records. To nowy rozdział? Ogólnoeuropejska dystrybucja pomogła wam dotrzeć do szerszego kręgu odbiorców?

Zdecydowanie nowy rozdział! Inverse pomogli nam rozwinąć skrzydła i poszerzyć poczynania w innych obszarach „odsłuchu”. Wiesz, większy zasięg, obszerniejsza widownia, ale i zajadła konkurencja. Zawsze to lepsza perspektywy na przyszłość i obszerniejszy wachlarz możliwości dla nas. Owszem, Inverse pomógł nam dotrzeć  poprzez sporą dystrybucję do wielu europejskich państw, i właśnie tego oczekiwaliśmy.

Na „Desires” dzieje się dość sporo. Kojarzeni byliście ze sceną gotycką, ale nowy album chyba nieco odchodzi od tej łatki. Mieszacie melodyjny na wokalach pop, łamiecie kompozycje na progresywno, często doprawiasz gitary solidnym metalowym drivem. To wielogatunkowa płyta?

To po prostu Ciryam. Nigdy nie byliśmy szablonowym zespołem. W jednej gatunkowej szufladce byśmy się zwyczajnie podusili… Poprzedni album, „Człowiek Motyl”, był już daleki od gotyku, a „Desires” to zdecydowany pop rock o progresywnym czy prog metalowym zabarwieniu. Nie jesteśmy zespołem gatunkowym. Zdecydowanie łamiemy jedną stylistykę na rzecz tego co nam w duszy zagra. Lubimy mieszanki, które są dobre. To największy plus naszej twórczości, wiesz, że nie przypominamy nikogo, jesteśmy sobą. Tak właśnie gra Ciryam.

Ale gdybyś już miał wybrać, to którym słuchaczom najmocniej podpasowałaby wasza muzyka?

Hmm, jak wcześniej wspomniałem, zarówno fani metalu, jak i pop rocka, alternatywy, czy progresywnych dźwięków odnajdą u nas swój kawałek muzyki. Stawiamy na emocje i naturalność. Uwielbiamy kontrasty i nieszablonowość…

Jak wygląda podział obowiązków pomiędzy dwoma gitarami Ciryam?

Bardzo prosty układ: rytm i solo; konkretne riffy i niepowtarzalne solówki. (śmiech)

Wciąż grasz głównie na Gibsonie?

Oj, wciąż… Pojawiają się kolejne gitary, ale masz rację, że tylko Gibsony (śmiech). Obecnie gram na dwóch modelach: Studio i Standard, oba o zacnych rocznikach. Dlaczego te, a nie inne? Bo uwielbiam konkretny sound, brzmienie drewna i „okrągłość” dźwięku jaki daje tylko Les Paul. Do tego niepowtarzalne cleany (śmiech). Lubię ciężar tych gitar, jakość jaką przekazują dalej, po prostu. Gitarki zestawiam z Mesa Boogie Dual Rectifier, to połączenie jest jak doktor Jekyll i pan Hyde, klasa sama w sobie.

Jeśli miałbyś wymienić jednego gitarzystę, którego styl jest najbliższy Twojemu, to kto by o był?

Nie mam jednego wzorca, czy nawet dwóch… To byłaby całkiem spora lista. Lubię posłuchać wielu gitarzystów: Vai, Satriani, Bonamassa, Skawiński, a i Borysewicza lubię…

Gdzie na koncertowej mapie będzie was można znaleźć?

A to musisz już zajrzeć do nas na www.ciryam.pl. Tam znajdziesz pełną rozpiskę.

Rozmawiał: Grzegorz Bryk